Branżowy portal stolarki

Branżowy portal stolarki
architektura-budownictwo-gospodarka

Fimtec

Takie małe, a takie wielkie żurawie dla branży stolarki

2016-05-06 | Autor: GEC Consulting
Źródło: stolarkavip

Gościmy dzisiaj w firmie wyjątkowej – Mini Żurawie/MAEDA, rozmawiamy z Panem Pawłem Michalczewskim – właścicielem firmy (na zdjęciu poniżej).
Grzegorz Cendrowski(G.C.): Dzień dobry Panie Pawle. Mini Żurawie i MAEDA, jak to się zaczęło i co było pierwsze?
Paweł Michalczewski(P.M.): Pierwsze były duże dźwigi. Był to rok 2007, gdy dolar kosztował 2,30-2,40 zł, więc sprzyjało to zakupom „za oceanem”. W firmie rodzinnej, w której akurat pracowałem, zaszła potrzeba wynajęcia takiego dźwigu na potrzeby budowy hotelu pracowniczego w Warszawie na Żeraniu.


Otrzymałem od swojego ojca (szefa jednocześnie) zadanie: miałem znaleźć odpowiedni żuraw, o odpowiednich parametrach, wynegocjować stawkę. Stwierdziłem, że o wiele korzystniejszym rozwiązaniem będzie wybranie się za ocean, poszukanie takiego dźwigu i kupno. Pojechaliśmy, mój szef bardzo szybko ten pomysł załapał, bo kocha podróże tak jak ja. Zamiast jednego żurawia kupiliśmy trzy. Zanim na dobre przyjechały do Polski, zanim uporaliśmy się z formalnościami, już je sprzedałem. Pojechaliśmy po kolejne, też kupiliśmy trzy, dwa sprzedałem, w zasadzie też od razu. Ten, który miał być na budowę, został. W międzyczasie natknęliśmy się w Internecie na ogłoszenie, które dotyczyło małych, zgrabnych pająków, bo większość ludzi w ten sposób na nie mówi. Okazało się, że dwa tygodnie po naszym zainteresowaniu, osoba, która jest importerem mini żurawi japońskiej firmy MAEDA na Europę miała spotkanie z potencjalnymi kandydatami w polsko-szwedzkiej Izbie Gospodarczej w Warszawie. Po tym spotkaniu zaprosiliśmy go do naszego Radomia, obejrzał firmę, zobaczył czym się zajmujemy i po dobrej kolacji podpisaliśmy umowę. Jak to wyglądało na początku? Fatalnie. Przez pierwsze dwa lata nie sprzedałem nawet jednego dźwigu, było to dla mnie o tyle zaskakujące, że duże dźwigi sprzedałem od ręki, błyskawicznie. Tym razem zainteresowanie było po prostu żadne. Na argumenty, których używałem w stosunku do potencjalnych klientów, np., takich, że żurawie znajdują zastosowanie w Japonii, w Europie Zachodniej od kilkudziesięciu lat, za każdym razem byłem odprawiany z kwitkiem. Gdy zaczęliśmy się pojawiać na coraz to nowych budowach i zaczęliśmy pracować dla coraz to poważniejszych firm na polskim rynku, to zainteresowanie było coraz większe. Podczas pracy na jednej z budów (konkretnie była to budowa Stadionu Narodowego w Warszawie), zainteresowanie mediów było duże z oczywistych przyczyn (mam tu na myśli EURO 2012), przełożyło się to na coraz więcej zleceń. Zlecenia dotyczą w 80% właśnie pracy ze szkłem. Okazało się, że żurawie, ze względu na bardzo precyzyjne możliwości ruchu, idealnie nadają się do szkła.

G.C.: Początki firmy były znakomite, ale początki z firmą MAEDA były trudne. Czy branża budowlana dzisiaj czyli A.D. 2016 dojrzała już do takich rozwiązań?

P.M.:  Nie wiem czy potrafię miarodajnie na to pytanie odpowiedzieć. Są już firmy, które  z powodzeniem korzystają ze sprzętu zakupionego u nas, są firmy, które nadal podchodzą nieufnie, gdyż ludzie, którzy używają siły fizycznej do pracy są przekonani, ze to jest najlepsze rozwiązanie. Posłużę się przykładem: jedna z największych firm w Polsce, producent nowoczesnych elewacji – firma DEFOR ze Śremu była firmą, która wynajmowała nas przez około 5 lat, w końcu wpadli na pomysł, że powinni sami takie urządzenie kupić. Kupili je, wyszkoliliśmy ich pracowników, za chwilę nabyli kolejne. Kupili to na duże projekty i wartość takiego urządzenia była w stanie zwrócić się w przeciągu mniej niż roku, na dobrą sprawę w naszej rzeczywistości jest to rzecz nadzwyczajna.
G.C.: Wspomniał Pan o niektórych korzyściach. Jakie one są faktycznie? Zarówno zakupu jak i wynajmu sprzętu od firmy Mini Żurawie. Czy bardziej Pana interesuje sprzedaż urządzeń czy świadczenie profesjonalnych usług?
P.M.: Żurawie mają jedną zasadniczą cechę, to jest ogromna precyzja pracy, co za tym idzie: wydajność w porównaniu z tradycyjnymi metodami montażu jest niewspółmierna, więc wszystko tak naprawdę sprowadza się do oszczędności, do pieniędzy. Jeżeli firma montująca  szyby elewacyjnie, czyli w najprostszy sposób, potrafi przy pomocy 10-12 pracowników włożyć jedną szybę w czasie 30-45 minut, to my w tym czasie włożymy tych szyb 8-10, przy pomocy nie 12 osób, tylko dwóch plus operator. Wystarczy tylko i wyłącznie porównać stawkę godzinową tych, którzy pracują ręcznie z naszą i wynik sam się obroni. 
G.C.: Hipotetycznie: gdyby tych budów było coraz więcej, w sposób naturalny jest Pan zmuszony sprzedawać i szkolić operatorów niż sam obsługiwać, czy tak?
P.M.: Jest to pewien konflikt interesów, przynajmniej był w mojej głowie od jakiegoś czasu, gdzie faktem jest to, że im więcej urządzeń sprzedanych przeze mnie, zaimportowanych z zagranicy, tym ja, siłą rzeczy, będę miał mniej zleceń i konkurencję. Stwierdziłem, że można myśleć w ten sposób i martwić się w ten sposób, natomiast urządzenie jest na tyle dobre, na ile operator, który na nim pracuje. To nie jest tak, że kupno najbardziej genialnego w swojej konstrukcji urządzenia sprawi, że ta praca będzie wykonywana szybko i wydajnie. Myślę, że zawsze będziemy mieli klientów, którzy z różnych powodów nie mają wielu zleceń, lub też, te które mają, nie wystarczają do tego aby pomyśleć poważanie o zakupie, więc nie martwię się ani o konkurencję, ani o rynek. Bardziej martwiłbym się o to, żeby urządzenia były wykorzystywane zgodnie z ich przeznaczeniem i tu na całe szczęście przychodzą nam z pomocą przepisy, których nie ma w Europie Zachodniej. Są to przepisy związane z Urzędem Dozoru Technicznego. Jednym słowem: aby pracować na takim żurawiu, potrzebne są uprawnienia operatora. W Europie Zachodniej osoba prywatna, która chce wynająć takie urządzenie, uprawnień nie potrzebuje. W związku z tym dźwigi są używane w zaledwie kilku procentów ich potencjału, niezgodnie z ich przeznaczeniem.

G.C.: Jeżeli chodzi o realizacje (tych realizacji było już dużo, bardzo dużo), czy mógłby Pan wymienić kilka najbardziej spektakularnych z użyciem Państwa sprzętu?
P.M.: O jednej wspomniałem już wcześniej, była to budowa Stadionu Narodowego w Warszawie, byliśmy obecni na budowie Stadionu Legii w Warszawie, czy Muzeum Historii Żydów Polskich, tam podnosiliśmy bardzo ciężkie szyby, bardzo drogie, co może stanowić obciążenie psychiczne dla operatora. Najbardziej reprezentatywnym przykładem, z którego jestem wyjątkowo dumny, jest montaż sprzed kilku dni, był to montaż jednych z najcięższych szyb w Polsce, ważyły one po 2000 kg, ta budowa to Galeria Handlowa na Ratajach w Poznaniu. Każda z szyb kosztowała 46 tys. euro netto, więc łatwo sobie wyobrazić, że nie było to coś, co robimy na co dzień. To obciążenie psychiczne również nam towarzyszyło, ale w stopniu znacznie mniejszym niż naszym zleceniodawcom.
G.C.:  A jakaś realizacja, która nie dotyczyła rynku budowlanego?  Może jakaś rzeźba, może jakieś inne elementy?
P.M.: Tak. Było kilka takich zleceń. Jednym z nich było ustawienie rzeźby Salvador'a Dali w budynku Sky Tower we Wrocławiu. Każda z rzeźb kosztowała 2,5 miliona euro. Celowo mówię o tych sumach, żeby można było sobie wyobrazić, że sterowanie tymi urządzeniami nie sprowadza się tylko i wyłącznie do czystych umiejętności, do tego trzeba mieć predyspozycje, jeśli się ich nie posiada, skutki mogą być opłakane. Na potrzeby realizacji reklamy internetowej jednego z banków podnosiliśmy również żywą krowę, podnosiliśmy również samolot, który brał udział w pierwszym polskim filmie 3D – „1920. Bitwa warszawska”. Parę takich przykładów by się jeszcze znalazło: od doniczek kilkusetkilogramowych na prywatnych inwestycjach po różnego rodzaju transport pionowy np. fortepianu, pieca kaflowego…było tego już bardzo dużo.

G.C.: Czyli jednym słowem firma jest uniwersalna i odpowiada na zapotrzebowanie rynku. Zakup to jedno, wynajem to drugie. Czy szkolicie Państwo operatorów i czy są to operatorzy tylko tych firm, które zakupiły od Państwa dźwigi czy żurawie?
P.M.: Każdy żuraw (sprzedany przez nas) ma w pakiecie zapewnione szkolenie dowolnej ilości osób, które mają pracować dla  naszych klientów. Jesteśmy zdania, że zwykły trening, „na sucho” , nie ma żadnego sensu, dlatego każdy dźwig zakupiony przez naszego klienta, jedzie na budowę, którą ten klient ma do obsłużenia i tam na tej budowie szkolimy ludzi, czasami przez jeden dzień, czasami przez dwa tygodnie, w zależności od tego jak szybko uczą się kandydaci na operatorów i jakie są warunki, jak jest skonstruowana umowa. Nie wydajemy żurawi bez praktycznego szkolenia, po pierwsze dlatego, że byłaby to dla nas antyreklama, sprzedając takie urządzenie chcę mieć pewność, że będzie maksymalnie wydajnie pracować, że klient będzie maksymalnie zadowolony z tego zakupu, tego typu praktyczne szkolenie ma podstawowe znaczenie.
G.C.: Panie Pawle, gdyby nie zajmował się Pan tym, czym się Pan zajmuje już od kilkunastu lat, to co chciałby Pan robić w życiu?
P.M.: Jestem zodiakalnym Bliźniakiem i mam bardzo szerokie zainteresowania. W przeszłości pracowałem w wielkiej rodzinnej firmie, pracowałem tam przez 20 lat. Zaczynałem jako pracownik myjni, myłem autobusy. Byłem również stróżem nocnym, byłem kierowcą autobusu, koparki, wywrotki, robiłem wiele rzeczy, mimo, iż mam wykształcenie prawnicze. Zawsze marzyłem o tym, żeby robić coś, co z jednej strony będzie mi sprawiało satysfakcję finansową, a z drugiej łączyło się z umiejętnościami, które są lepsze od innych. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu okazało się, że bardzo dobrze radzę sobie jako operator, mam odpowiednią wyobraźnię do tego, aby na tych urządzeniach pracować. Sama praca na żurawiu jest rzeczą prostą. Po pewnym czasie wchodzimy w rutynę i rzeczy, które kiedyś były dla nas problemem, już nim nie są. W większości klienci wynajmują nas dopiero wtedy, kiedy nie mają już żadnej innej alternatywy – są zdesperowani, nie wiedzą jak to zrobić. Często jesteśmy rzucani na głęboką wodę, więc umiejętność bezpiecznego rozstawienia sprzętu jest bardzo ważna i wielokrotnie zajmuje więcej czasu niż sama praca. Także znalazłem właśnie takie zajęcie i myślę, że się bardzo dobrze w nim realizuję.

Na zdjęciu powyżej:  mini żuraw w akcji na zamku w Gniewie - wielka precyzja i niesamowite możliwości

G.C.: Jakie jest Pana hobby? Czy Pan uprawiał czynny sport?
P.M.: Uprawiałem czynny sport, byłem zawodnikiem w wyścigowych motocyklowych mistrzostwach Polski, uprawiałem wiele innych sportów.
G.C: Jaką największą prędkość osiągnął Pan na motorze?
P.M.: Nie wiem, gdyż nie mam wtedy czasu patrzeć na prędkościomierz, natomiast przypuszczam, że było to 300 km/h.
G.C.: Pana ulubiony motocykl?
P.M.: Mam w tym momencie BMW S1000R.
G.C.: To ile do setki się rozpędza?
P.M.: Poniżej trzech sekund. Jeżdżę nim czasami na budowę, kiedy mam kilka zleceń w jednym mieście, np. w Warszawie, wtedy kask idzie do plecaka, żółta kamizelka jest na plecach i jeżdżę od budowy do budowy.

G.C.: Branża budowlana pewnie Pana pokocha, bo jest zdominowana przez mężczyzn, silnych, prawdziwych, też zainteresowanych samochodami i sportami motorowymi (śmiech P.M). Powróćmy na chwileczkę do możliwości technicznych. Mówimy o trudnych, często bardzo skomplikowanych obiektach, trudno dostępnych. Jakie są możliwości techniczne mini żurawi? Wysokość, szerokość, udźwig i inne jeszcze możliwości, bo to może jest najistotniejsze.
P.M.: Według mnie sprowadzenie wszystkiego do samych suchych liczb nie do końca jest miarodajne. Dlaczego? Posłużę się przykładem jednego z żurawi, którego używamy do szklenia prywatnych inwestycji i domów jednorodzinnych. To jest żuraw, który ma 8,5 m wysięgu, podnosi (w zależności od promienia) kilkaset kilogramów. Mogłoby się wydawać, że takie urządzenie można używać do szklenia parteru i pierwszego piętra. Nic bardziej mylnego. Takie urządzenie możemy użyć na budynku 155-piętrowym, więc kwestia parametrów to jedno. Najprościej sobie wyobrazić, że skoro ma 8 metrów, to dosięgnę do pierwszego piętra i sprawa załatwiona. Ważniejszą rzeczą jest żeby sobie uzmysłowić, że ten potencjał w warunkach zupełnie innych również może być wystarczający. Przykład: budynek Q22, aleja Jana Pawła II w Warszawie, jeden z najnowocześniejszych systemów windowych w Europie będzie w tym budynku zainstalowany, warszawska perełka – jednym słowem. Jest on budynkiem, którego elewacja została W CAŁOŚCI zrobiona przy pomocy dwóch mini żurawi, które za pośrednictwem wind towarowych zostały dostarczone na odpowiednie wysokości. Jeden z tych żurawi był wyposażony w dodatkowe olinowanie (jako jeden z dwóch na świecie), nikt tego na co dzień nie kupuje, bo nie przychodzi ludziom do głowy, że to się może do czegoś przydać, a jednak może. Jeden taki żuraw pracuje na Bliskim Wschodzie (nie zdradzę w którym emiracie), a drugi pracował w Warszawie. Inwestycja, która miała trwać około 18 miesięcy (związana z ukończeniem całej elewacji), trwała 9. Dlaczego tak szybko poszło? Dlatego, że zadaniem tego żurawia było jedynie ustawić się w bezpiecznym miejscu blisko elewacji, podnosić szyby z dołu i umieszczać je w określonych otworach. Kilka osób, które do tego zadania szkoliliśmy, po jednym dniu były gotowe do pracy.
G.C.: Zatem nie tylko możliwości techniczne, ale też umiejętne zastosowanie tych urządzeń jest ważne.
P.M.: My sami musimy szukać, znajdywać, wyobrażać sobie nowe przestrzenie robocze, w których ta maszyna znajduje zastosowanie. Pochwalę się jeszcze jedną rzeczą, firma, która jest importerem na Europę od 1974r., (firma ze Szwecji) po tym jak dostali kilka zdjęć z jednego z montaży, przekazała nam taką informację: od 1974 r. nie wiedziała, że ten żuraw można na takie sposoby zastosować. Jest to firma, która jest firmą-córką japońskiego producenta. Polska wyobraźnia, ułańska fantazja, chociaż z tą fantazją trzeba dzisiaj bardzo uważać. Co prawda czasy idę bardzo dobre, czyli ilość zabezpieczeń, egzekwowanie przepisów BHP jest nareszcie na coraz większej ilości budów, a bezpieczeństwo jest absolutnie priorytetem.

G.C.: A propos' bezpieczeństwa. Szyby i ciężkie, ostre, tłukące się elementy. Ile zbił Pan szyb?
P.M.: Od końca 2008 do końca 2015r. podnieśliśmy ponad 7 tys. szyb, potłukliśmy jedną.
G.C.: Jeszcze jedno pytanie. My, mężczyźni ciągle jesteśmy zafascynowani dźwigami, żurawiami, automatyką, przemysłem, w takim razie proszę mi powiedzieć: taki mini, taki "baby żuraw", jak wygląda i gdzie się mieści? Jakie są jego możliwości?
P.M.: Najmniejszy żuraw to model MC104, który ma 65 cm szerokości i niespełna 3 m długości i waży ok. 1100 kg. Póki co uważam, że sporo czasu minie zanim ten typ znajdzie w Polsce zastosowanie, gdyż podniesienie kilkudziesięciu kilogramów w naszej zwykłej, polskiej rzeczywistości jest dla Polaków czymś, co nie wymaga zastosowania sprzętu. Nikt nie przejmuje się tym, że 50 kg nie powinno się podnosić. Pomijając fakt przepisów, niestety kultura pracy jest w porównaniu z Europą Zachodnią ciągle na niskim poziomie, bardzo często widać to podczas montaży stolarki na prywatnych inwestycjach, na dużych inwestycjach jest lepiej, na małych delikatnie mówiąc; mamy się jeszcze czego uczyć, ale Pan o tym wie lepiej ode mnie.

G.C.: Podsumowując ten wywiad proszę o dokończenie zdania: firma MAEDA Mini Żurawie to….

P.M.: ..to firma, która podobnie jak Pańska robi i stara się robić rewolucję w montażu na ograniczonych przestrzeniach roboczych. Chcemy być i jesteśmy powiewem świeżości. Jesteśmy innowacyjni, świadomi tego, że wiedza i doświadczenie w połączeniu z bardzo nowoczesną technologią może wszystko usprawnić, może wpłynąć na bezpieczeństwo i ogromne finansowe oszczędności, pod warunkiem, ze wiemy jak pracować.
G.C.:  I jeszcze jedno pytanie. Jak Pan sobie wyobraża branżę budowlaną za 10 lat?
P.M.: Uważam, że branża budowlana tak jak wiele innych branż w Polsce będzie ulegała zmianom na lepsze, będzie coraz nowocześniejsza. Coraz więcej rzeczy, których nie było, a funkcjonowały w Europie 15 lat temu, pojawia się i u nas. Przykładem są chociażby mini żurawie. Posłużę się pewnym przykładem: 25 lat temu w Polsce mało kto zdawał sobie sprawę z istnienia zwykłych zwyżek, takich teleskopowych, nożycowych. Popularnym wówczas sposobem na rusztowanie były (nie przesadzam) dwie postawione beczki i deska na środku. Taka była rzeczywistość. Dzisiaj nie ma budowy, na której nie byłaby obecna zwyżka teleskopowa, która pozwala bezpiecznie, szybko i wydajnie pracować monterom. Sądzę, że ta technologia odmieni naszą branżę. My – Polacy bardzo szybko się uczymy i  gdybyśmy mieli możliwość funkcjonowania w lepszych warunkach, to wielu branżach położylibyśmy na łopatki tych, których uważamy za najlepszych. Wierzę w to głęboko.

G.C.: Mam nadzieję, że nasza współpraca przy Konwentach Stolarki, to nie tylko  promocja firmy, ale także promocja innowacji, bezpieczeństwa i higieny pracy oraz lepszej, wydajniejszej organizacji pracy, a co za tym idzie, lepszych efektów finansowych.
P.M.: Dodałbym do tego jeszcze jedną rzecz. Może zabrzmi to trochę śmiesznie i na wyrost, natomiast uważam, ze szczypta ideologii w postaci przeświadczenia, że zarówno państwa działalność jak i w części moja, sprzyja ogólnie pojętemu dobru, jakie na tym rynku stolarki obecnie jest. I dobrze wiedzieć, że robi się coś, co inni naśladują, robią to dobrze, czasami tak dobrze jak my i warto się o to starać.

Grzegorz Cendrowski. Bardzo dziękuję za merytoryczne odpowiedzi i wiele wiedzy, którą ten wywiad wniósł.
Paweł Michalczewski. Ja również dziękuję.

P.S. Więcej na temat realizacji i możliwości firmy: http://maeda.pl/realizacje/

Przeczytaj także

Nowość, najcieplejsz...

Nowość, najcieplejsza brama segmentowa na rynku !!! Grupa PETECKI wprowadza na rynek nową bramę segmentową. PETECKI...

Więcej

Mały sprzęt wielkich...

Montaż szkła – przyssawki do szyb. Duże przeszklenia od kilku lat wiodą prym wśród trendów w...

Więcej

Partnerzy infookno.pl

Facebook